Tyczka w Krainie Szczęścia – Martin Widmark, Emilia Dziubak

Mały Daniel ma problem z zaśnięciem. Jego opiekunka Julia opowiada mu historię, która wydarzyła się naprawdę. Kiedy Julia była małą dziewczynką jej brat nagle zaginął. Mijały kolejne miesiące, lecz nikt nie miał pojęcia gdzie podział się chłopiec. Julia nie potrafiła się z tym pogodzić i była nieustannie smutna. Pewnego dnia dziewczynce przytrafił się wypadek. Zbyt szybko jechała na sankach i wjechała do dziwnego lodowego tunelu. Gdy ocknęła się po upadku ze zdziwieniem odkryła, że trafiła do tajemniczej Krainy Szczęścia, gdzie wszyscy są szczęśliwi i nie ma miejsca na smutek. Czy jednak naprawdę w Krainie Szczęścia panuje radość? Co ukrywa tajemniczy pan Jacobi – wielki chrząszcz, który przekręca wyrazy? Kim jest złowrogi Krab? I czy Julii uda się odnaleźć brata?


 

Siła wyobraźni

Największym atutem książki są ilustracje jednej z najwybitniejszych polskich ilustratorek książek dla dzieci – Emilii Dziubak. Cały klimat i siła opowieści tkwi właśnie w obrazie. Bardzo sugestywne, momentami mroczne, baśniowe i po prostu piękne ilustracje nadają książce niepowtarzalnego uroku. Można na nie patrzeć bez końca i wciąż wychwytywać nowe szczegóły lub po prostu je podziwiać. Grafiki robią też ogromne wrażenie na dzieciach i pomagają rozwijać wrażliwość na piękno i sztukę. 

Emilia Dziubak już wcześniej dała się poznać jako świetna ilustratorka (m.in. A ja nie chcę być księżniczką), ale zakochałam się w jej talencie dopiero dzięki Tyczce w Krainie Szczęścia. Siła wyobraźni ilustratorki jest przeogromna! Uwielbiam sposób, w jaki potrafi oddać swoje wyobrażenia na papierze. To właśnie Emilia Dziubak jest motorem napędowym popularności i świetności tej książki. Niestety w porównaniu do ilustracji warstwa tekstowa jest nieco uboga i co najwyżej przeciętna.

 

 

Suma rozczarowań

Gdy po raz pierwszy przeczytałam Tyczkę poczułam rozczarowanie. Książka ma ogromny potencjał, którego jednak autor nie wykorzystał. Wiem, że Martin Widmark jest cenionym pisarzem dla dzieci i zupełnie tego nie neguję. Szkoda jednak, że książka była reklamowana tak mocno, że okazała się przereklamowana. Nieustanne porównanie do Alicji w Krainie Czarów nie wyszło Tyczce na dobre. Nastawiłam się na opowieść wybitną, na historię, która będzie dorównywała pod wieloma względami klasycznemu dziełu Lewisa Carrolla. Niestety Tyczka to jedynie poprawna, ładna historia, którą pewnie oceniłabym jako dobrą, gdybym nie miała wobec niej tylu oczekiwań. Nie ma w niej tego, co sprawia, że Alicja stała się ponadczasowym i ponadpokoleniowym dziełem – metafor, drugiego dna, gry słów, odniesień, czy logiki absurdu.

Do samego końca myślałam, że Tyczka trafiła do miejsca, gdzie odchodzą zmarłe dzieci (sugeruje to nazwa “Kraina Szczęścia”, gdzie wszyscy są szczęśliwi oraz motyw zniknięcia brata). Myślałam, że będzie to wzruszająca historia o ostatniej przygodzie z bratem, pogodzeniu się z losem i pożegnaniu. Moja rozpalona wyobraźnia podsuwała mi scenariusze i pomysły, które okazały się zupełnie błędne. Szkoda, że autor tak jednoznacznie zakończył opowieść, niemalże uciął ją jednym zdaniem, pozbawiając czytelnika choć nikłego efektu “katharsis”. Nie ma w Tyczce drugiego dna, takiego, które wbiłoby dorosłych w fotel, a dzieciom przekazało podprogowo ważne prawdy o naszym świecie.

Ach śpij kochanie

Mimo wszystko Tyczka w Krainie Szczęścia to nie jest książka zła. To całkiem przyjemna historia, która aspiruje jedynie do książeczki na dobranoc, po której dzieci chętnie idą spać (mój egzemplarz – dziecka, nie książki – jest wadliwy i i tak domaga się kolejnych książek, zamiast grzecznie spać). Niewątpliwie Tyczkę ratuje to, że jest przeznaczona dla dzieci w wieku 3-6 lat, stąd prosty, zrozumiały język, nieskomplikowana fabuła i humor polegający na przejęzyczeniach. Chociaż osobiście uważam, że świetnie napisana książka dla dzieci rośnie razem z nimi i zawiera kilka warstw, które sprawiają, że niezależnie od wieku każdy znajdzie w tekście coś dla siebie. Taka właśnie jest Alicja w Krainie Czarów – a liczne porównania Tyczki w Krainie Szczęścia do powieści Lewisa sprawiły, że tak mocno się rozczarowałam, choć to w gruncie rzeczy ładna książka.

 

Nauczka na przyszłość – nie wierzyć reklamie i nie nastawiać się na zbyt wiele. Lepiej jest się mile zaskoczyć, niż kompletnie rozczarować.

Zerknij do książki

 


PS: Na stronie autorskiej Emilii Dziubak można zobaczyć kolejną książkę, która jest efektem współpracy Martina Widmarka z naszą wspaniałą ilustratorką. I choć w przypadku Tyczki rozczarowałam się trochę, to mimo wszystko czekam na polską wersję tej nowej książki – głównie po to, by znów móc podziwiać cudowny talent Emilii Dziubak. I tym razem ograniczam moje oczekiwania do minimum!


Recenzja powstała w ramach współpracy z portalem

logo granice.pl

 

 

  • Czasami nie warto porównywać. Gdyby nie to, możliwe że podejście czytelnika byłoby zupełnie świeże.

    • Dokładnie tak! Niestety machina marketingu rządzi się swoimi prawami, stąd promowanie książki w odniesieniu do kultowej „Alicji”.

  • Ach, głos rozsądku w fali zachwytów. Co tam, i tak warto, dla tych ilustracji.